Po tych wszystkich ponurych rozważaniach i smutnych perspektywach dla „aroganckich narządów męskich” — zacytuję na koniec jedną z pań również biorącą udział w wojnie o prawa kobiet, ale tym razem w sposób rozsądny i wart zastosowania albo choćby przemyślenia w przyjmujących się u nas coraz szerzej formach małżeństw partnerskich, jakie stworzyło życie i warunki egzystencji współczesnej rodziny. Pani Pat Mainardi w publikacji zawartej w tomie Voices from Women’s Liberation pod redakcją L. B. Tanner, wydanej w Nowym Jorku w 1971 roku, w sposób cięty i niezwykle zabawny, a ponadto nadzwyczaj spostrzegawczy, opisuje kręte ścieżki i drogi, jakimi próbują mężczyźni uciec lub ominąć konieczne obowiązki wynikające z partnerskiego podziału pracy w rodzinie. „Przez zbyt wiele lat oglądano w telewizji panie domu pogrążone w ekstazie nad lśniącą zapastowaną podłogą lub załamujące ręce nad brudnymi kołnierzykami przy koszulach. Mężczyźni nie mają takich uwarunkowań. Poznają się na istocie pracy domowej od początku: jest śmierdząca. (…) I tak narodził się dialog, który miał trwać przez wiele długich lat, a oto główne jego punkty: Nie mam nic przeciw podziałowi pracy domowej, ale nie zawsze umiem sobie dać z nią radę. Każde z nas powinno robić to, co robi najlepiej.